Poniżej zamieszczam część dokumentów ludzi, którzy w 1945 roku przybyli na „ziemie odzyskane” z kresów wschodnich. Obok legitymacji, upoważnień itp., widzimy ręczne notatki, które tuż po wojnie, służyły odnajdywaniu się nowych mieszkańców przybyłych na te tereny.
Wyżej pocztówka wysłana na początku lat 50-tych ze Zbąszynka do byłych jego mieszkańców przy ulicy Bydgoskiej 13, którzy zaledwie pięć lat zajmowali to miejsce, po czym wyjechali do Starosielc koło Białegostoku, obawiając się represji nowych władz PRL’u, głównie dlatego, że ich sąsiad pracował w Urzędzie Bezpieczeństwa. Czuli się niepewnie na ziemiach odzyskanych i wrócili bliżej „macierzy”, miejsca oddalonego o 50 km od rdzennego dawnego domu pozostawionego w Porzeczu. Zostawili tutaj mieszkanie, w zamian za wynajęty tam pokój w starej drewnianej chacie, co dowodzi ich ówczesnemu światopoglądowi i sile przyciągania do przymusowo opuszczonych w 1945 roku miejsc. Liczyli, że z czasem wrócą do Porzecza, co nigdy się nie stało. W rezultacie, córka Jankowskich , która wyjechała ze Zbąszynka z rodzicami, wróciła na te ziemie po kilku latach i wzięła ślub z moim wujkiem, starszym bratem mojej mamy, wyprowadzając się do Zielonej Góry, gdzie oboje zmarli na przełomie lat 1990 – 2004.
Niżej droga, jaką przebyła moja rodzina, zanim dotarła do Zbąszynka.
Najstarszą z przybyłych na zachód osób była moja prababcia Rozalia Malarz, która jeszcze na początku małżeństwa została wczesną wdową, mąż zmarł na raka, moja babcia Franciszka Gulowata, miała wtedy trzy lata i wychowywała się bez ojca. Rozalia Malarz oraz moi dziadkowie Franciszka i Piotr Gulowaci, mieli swój dom we wiosce Załuże i po jego sprzedaniu, kupili gospodarstwo w Bieniawie. Nabyli go od ludzi, którzy w rzeczywistości byli mieszkańcami Warszawy lub Wielkopolski i pozbywali się tanio tych nieruchomości, a domy te otrzymali w podzięce na udział w wojnie z Rosją w 1918 roku, od hrabiego Gołuchowskiego. Moja babcia za resztę sprzedawanych ziem, planowała we Lwowie rozpocząć kształcenie swoich dzieci. Jednak los rzucił ich tutaj, na ziemie odzyskane do Zbąszynka, który ja pokochałem od wczesnego dzieciństwa i z przyjemnością utrwalam jego historię.
Moja rodzina przyjechała do dzisiejszego Zbąszynka w kwietniu 1945 roku. Transport ewakuacyjny brał początek w Trembowli, skąd skąd przez Lwów, Rawę Ruską, Bełżec, Zawadę, Rejowiec, Lublin i Warszawę dotarł do Zbąszynka. Babcie zabrały ze sobą krowę oraz podstawowe rzeczy, między innymi święty obraz Jezusa a Matki Boskiej zostawili w swoim domu, z którym byli zmuszeni rozstać się na zawsze. Pozostawili również nie dokończoną, rozpoczętą budowę nowego domu. Moja mama nawet pamiętała początek wojny na ich terenie gdy bawiła sięm w piaskownicy na budowie, nadleciał niemiecki samolot i rozpoczął bombardowanie. Ładowali się na stacji w Trembowli, a do tego czasu przebywali w miejscowej szkole. Dopiero w drodze do Warszawy, „pasażerowie” przepełnionych wagonów towarowych, zrozumieli, że zostali oszukani i są wiezieni na „odzyskane” ziemie niemieckie, a nie zgodnie z treścią zawartą w karcie ewakuacyjnej i ogólnie głoszonej umowy, jako tymczasowej ewakuacji do Zamościa na czas likwidacji band ukraińskich. Wszystkie wagony były pilnowane przez polskich funkcjonariuszy z biało czerwonymi opaskami na rękawie. Dziadek Gulowaty Piotr (28.12.1901 – 20.07.1978) był wywieziony na roboty do Niemiec, na dzisiejszym terytorium Polski. Jechał w miejsce najstarszego syna, który dostał wezwanie, (gdy jeszcze byli na wschodzie) i akurat był chory. Pod koniec wojny dziadek pracował przy odbudowie mostu na Wiśle w Grucznie koło Świecia. Według jego relacji, na początku był w „jakimś obozie” koło Gdańska, mógł to być nawet obóz koncentracyjny. Uratowało go to, że był dobrze zbudowany oraz umiał pracować jako szewc, budowlaniec itp. Podczas pierwszej selekcji wybrano go do pracy.
Jeszcze w czerwcu 1992 roku, odwiedziliśmy z mamą stację Zawada, którą „przez mgłę” mama z trudem sobie przypominała, gdy miała dziewięć lat, odwiedzenie tego miejsca było to dla niej wielkim przeżyciem. Pamiętała tylko, że jechali przez Rawę Ruską i Zawadę, na stacji kojarzyła sobie wieżę ciśnień, po której wtedy wyraźnie zauważalny był tylko fundament. Wspominała też o Zamościu, który jednak po przemyśleniu nie wchodził w skład drogi ich przejazdu. Moje babcie z dziećmi uciekły pierwszym transportem, ze strachu przed bandami ukraińskimi, oraz wywózką na Sybir, ponieważ podczas wojny władze Z.S.R.R. robiły spis ludności informując że to tylko dla ewidencji, a w rzeczywistości szykowali komplety rodzin do podróży na wschód. Moja rodzina uszła tu z życiem, ponieważ znający babcię urzędnik biorący udział w komisji która spisywała ludność, pod pretekstem potrzeby napicia się wody, wyszedł z babcią do kuchni, gdzie powiedział żeby szybko uciekali jak najdalej. Zawdzięczał on mojej rodzinie dużo dobrego, ponieważ w chwili najazdu Niemców babcia go ukrywała i dzięki niej przeżył. Wtedy zaczęła się wielka ucieczka przed śmiercią. Od chwili wyjazdu transportu, po tygodniowej podróży dotarli do Zbąszynka. Podczas długiej drogi, pociąg, który ciągnęły dwa parowozy, co jakiś czas stawał w miejscu, a jadący nim ludzie sypali piasek pod koła, żeby skład powoli przesuwał się do przodu. Razem z nimi przybyła jeszcze trójka obcych dzieci przygarniętych przez babcie tuż przed samym wyjazdem. Tymi dziećmi byli chłopcy w wieku około 5 i 7 lat oraz półroczna dziewczynka, którym w ostatniej chwili rosyjska żołnierka, pilnująca pociągu w kierunku „ziem odzyskanych”, nie świadomie zastrzeliła matkę. Matka (Rudkowa), była sama, mąż na wojnie, uszykowana już do wyjazdu, szła jeszcze podgrzać mleko swojemu niemowlakowi i otulona w szalik przed zimnem, śniegiem nie słyszała komend Rosjanki „stój, bo strzelam”. Gdy Rosjanka strzeliła, a matka dziecka się przewróciła, żołnierka popadła w rozpacz, widząc co zrobiła. Mimo szybkiej jak na ówczesne czasy pomocy, rannej nie udało się już uratować. Wtedy moje babcie Rozalia Malarz i Franciszka Gulowata, zaopiekowały się dziećmi, przywiozły do Zbąszynka i razem ze swoją trójką opiekowały się nimi do jesieni, gdy Ich ojciec po powrocie z frontu zabrał je i zamieszkali w Międzyrzeczu. Rudek krótko po wojnie ożenił się z rosyjską wojskową, która znęcała się nad dziećmi, nie zapewniając chłopcom należytej opieki, na co składał się fakt, że uciekali z domu itp. Pamiętam, jak jeszcze w połowie lat 70 tych, jeden z synów, który dotarł tu z braćmi dzięki moim babciom, przyjeżdżał do nas autobusem marki SAN, pracując jako kierowca. Tuż po przybyciu do Zbąszynka władze chciały wywieźć moją rodzinę do jednej z opustoszałych wiosek, które stopniowo zasiedlano nowymi przybyszami. Jednak moje babcie chciały zostać w miasteczku, motywując to faktem, że nie będzie komu pracować na gospodarce. W połowie kwietnia 1945 roku, kilka dni mieszkali w budynku na peronie drugim, po czym przeniesiono ich koło starej rzeźni, przy dzisiejszej ulicy P.C.K. prowadzącej do cmentarza, gdzie koło torów stał drewniany barak, w którym było 6 – 8 łóżek. Później zajmowali budynki – baraki przy dzisiejszej ulicy P.C.K., które za rządów Niemców, zamieszkiwali przymusowi robotnicy z różnych krajów. Dalszym etapem wędrówki po Zbąszynku, było koczowanie na chodniku, w miejscu gdzie naprzeciwko dworca, koło ulicy Kosieczyńskiej od lat 60 tych była stacja benzynowa. Po kilku dniach moja babcia Franciszka Gulowata udała się na peron drugi do biur w poszukiwaniu pracy na kolei, tam dostała dokument z którym udała się do władz radzieckich, stacjonujących w budynku naprzeciwko dworca, obok dawnego banku, gdzie wydano jej zaświadczenie, z którym już jako pracownik P.K.P. poszła do miasta w poszukiwaniu mieszkania i spodobało jej się oddalone kilometr od dworca świeżo opuszczone przez wojska radzieckie, do którego na pożyczonym wózku peronowym przewieźli swój skromny dobytek. Na początku ulicy Zbąszyńskiej stał wartownik, który przepuścił ją dalej dopiero po okazaniu zaświadczenia z komendantury władz Z.S.R.R..
W skrócie:
Mojej mamy babcia Rozalia Malarz ur. 10.10.1872, zmarła w Zbąszynku w drodze z kościoła 26.05.1953 roku. Jes córka a moja babcia Franciszka Gulowata (22.12.1909 – 18.04.1977) oraz jej dzieci: moja mama Janina (11.08.1936 – 26.12.2014), Stanisław (ur. 1933) i Szczepan (1930 – 2003). Mój dziadek Piotr Gulowaty (28.12.1901 – 20.07.1978), przyjechał do Zbąszynka z robót przymusowych dopiero po pół roku. W Zbąszynku moja babcia krótko pracowała na kolei, dziadek dojeżdżał do Czerwieńska, gdzie obsługiwał urządzenia związane z pompownią wody, w Odcinku Silnych Prądów. Musiał pełnić jakąś ważną funkcję, odgrywać istotną rolę, ponieważ w przypadku awarii miał prawo nawet zatrzymać każdy pociąg, żeby jak najszybciej dotrzeć do miejsca pracy.
