Skip to content
  1. Home
  2. /
  3. 2.0. Zbąszynek
  4. /
  5. 2.26. Kroniki Maxa Bleschke

2.26. Kroniki Maxa Bleschke

STRONY KRONIKI autorstwa MAXA BLESCHKE:

Rozmowy o początkach i rozwoju osady Zbąszynek autorstwa MAXA BLESCHKE,  kierownika oddziału w Zbąszynku Powiatowej Kasy Oszczędnościowej Międzyrzecz w latach 1926–1938.

Zbąszynek w historii.

Stworzenie.

Na początku był Mümmelmann, po niemiecku lepus pseus, zając. Jak wynika z doniesień ze starożytności, ten wybitny przedstawiciel tak zwanych gryzoni skakał już po skorupie ziemskiej w wystarczającej liczbie. Brehm, Löns i inni sławni ludzie mają pouczające i zachwycające historie do opowiedzenia o tym stworzeniu Bożym. Mistrz Lampe słusznie jako pierwszy znalazł drogę (lub, dla mądrych myśliwych, zrobił haki) na ziemi Zbąszynka. Ma tysiące lat doświadczenia w swoich łyżkach i ma do opowiedzenia historię.

„Koparka wybuchowa nr 100”.

Tak więc, gdy kilka zim temu stworzenia, które chodzą wyprostowane i wyskakują z prostych gałęzi, zaczęły siać spustoszenie w lesie w pobliżu Chlastawy z wielkim hałasem i zamieszaniem, ten początek nie zaskoczył mistrza Lampego. Z bezpiecznego aresztu obserwował aktywność. Piły zgrzytały, siekiery brzęczały. Przewożono wiele brzęczącego żelaza. Jak donosiły plotki z okolic zamku Nowa Wieś, wielu ludzi było również zajętych na drodze, rozładowując wagony i przewożąc wszelkiego rodzaju materiały. Tory zostały położone, a różne potwory przetaczały się. Ale gdy pewnego ranka jeden z tych potworów, którego wyciągnięte ramię zawsze budziło niepokój mistrza Lampego, zagwizdał przenikliwie, po czym zaczął grzechotać i trzeszczeć, obrócił się wokół własnej osi i, wrzeszcząc, wściekle wbił swoje olbrzymie ramię w ziemię, Mümmelmann zapomniał, że odwaga to umiejętność nieokazywania, rozbryzgując się i machając, zawsze ochoczo robiąc objazdy, oczyścił pole swojej działalności i ziemię przodków.

„Nowe Terytorium”

Kronikarz będzie teraz musiał polegać na innych źródłach, czy mu się to podoba, czy nie. Badania ujawniły zaskakujący wynik dla Zbąszynka (z jego ciągłym ruchem mieszkańców), że niektórzy z pierwszych kolonizatorów tego najnowszego tworu urbanistycznego nadal zamieszkują nasze miasto. Nie ma powodu, by obawiać się ich starości, ponieważ minęło zaledwie siedem lat od ceremonii wmurowania kamienia węgielnego. Przyjrzyjmy się teraz relacjom tych doświadczonych osób:

„Pierwszym budynkiem w Zbąszynku był prawdopodobnie tzw. „stary wydział budowlany”, niski, tymczasowy budynek przy Wojska Polskiego (Oeserstrasse), za nowymi budynkami Heimstätte (zagrody). Nadal służy on jako kaplica dla miejscowej parafii protestanckiej, co prawdopodobnie przestanie być aktualne za kilka tygodni po ostatecznym ukończeniu budowy kościoła protestanckiego. Według półoficjalnych doniesień, w odpowiednich kręgach nie zapadły jeszcze żadne decyzje dotyczące przyszłego przeznaczenia tego pomnika historii Zbąszynku. „Stołówka dworcowa”, a następnie, na prawo od obecnej ulicy Kilińskiego (Danziger Strasse), „stołówka myszy polnych”, zostały prawdopodobnie zbudowane na obecnym placu dworcowym w tym samym czasie, co stary wydział budowlany. Oba były bardzo prostymi barakami, po których od lat nie pozostał żaden ślad. Ale jakież życie toczyło się w tych pierwszych restauracjach!. W Zbąszynku pracowało niekiedy nawet 1000 osób. Odbywały się niezliczone, niegrzeczne przemówienia, hałas, a gdy rozległ się okrzyk bojowy „Krew musi płynąć!”, tłum zadrżał, achu.

Krowy, woły i cielęta gotowe do uboju z okolicznych terenów i z dalszych okolic.

Na końcu dzisiejszej ulicy Bydgoskiej (Bromberger Strasse), pierwszy rzeźnik we wsi rozstawił swój stragan, również w drewnianej szopie. Bezpośrednio za budynkiem rozciągały się pola uprawne, które w sezonie nawożenia rozsiewały po okolicy wiejskie, moralne zapachy. Och, błogosławione czasy dzieciństwa w Zbąszynku!

Mleczarnia z sąsiedniej wsi, która wysyłała po ulicach (tam, gdzie taka istniała), furmankę z mlekiem, zyskała niezaprzeczalny szacunek wśród ówczesnych mieszkańców Zbąszynka. Dzięki przyjacielskim relacjom z ówczesnym woźnicą można było zamówić poranne bułki z piekarni w sąsiedniej wsi. Mały promyk nadziei w trudnym życiu gospodyń domowych. W przeciwnym razie wszystko trzeba było sprowadzać rowerem lub pieszo z sąsiednich wiosek. Zbity garnek lub niezbędny kawałek wstążki mogły wymagać podróży do Świebodzina, co oprócz kosztów oznaczało całe stracone popołudnie.

Pozostając przy wstążce, wkrótce na terenie Zbąszynka otwarto sklep z pasmanterią, a następnie piekarnię, fryzjer od jakiegoś czasu golił szorstkie brody mieszkańców Zbąszynka, a rzeźnik przeniósł się do nowego, wyłożonego białymi kafelkami sklepu. Ponadto, w odpowiedzi na długo odczuwaną potrzebę, władze kolejowe odpowiednio przebudowały mieszkanie przy ówczesnym Placu Wolności (Lindenplatz, obecnie Hindenburgplatz), a pewnego dnia nowo wybudowany Gościniec pod lipami („Gasthof zur Linde”, Zajazd nad Linde) uroczyście ogłosił swoje otwarcie. Symboliczna lipa z kutego żelaza nad drzwiami wejściowymi nie dawała cienia, a był tylko jeden lipowy karczmarz, ale biesiadników powitała piękna, jasnozielona lampa nad drzwiami wejściowymi.

„Miasto bez snu”.

Pod koniec 1925 roku uroczyście otwarto dworzec rozrządowy w Zbąszynku. Druhny wciągnęły lokomotywę, paląc niegrzecznie i drżąc z niedowierzania wobec tak niezwykłego traktowania przez delikatną dłoń, na stację na pięknych wstążkach. W ten sposób rozpoczął się nowy rozdział w historii Zbąszynka. Sygnały na semaforach zadrżały, czerwone i zielone światła mrugały w noc, a tory syczały, dymiły i trzęsły się nieustannie, dniem i nocą. Gdy nocą od strony placu manewrowego od czasu do czasu rozlegał się donośny ryk, jakiś jasno śpiący mieszkaniec Zbąszynka mógł zerwać się z łóżka i pomyśleć o wypadku kolejowym. Ale to były tylko pociągi manewrowe zjeżdżające z garbu, które potem dość gwałtownie się zderzały. „Mam nadzieję, że nie ma tam żadnych rosyjskich jaj” – pocieszył niegrzecznie obudzony chłopiec i ułożył się wygodniej. O dziwo, nagle zobaczył siebie siedzącego z powrotem na ławce w szkole jako uczeń drugiej klasy, co zupełnie mu nie odpowiadało. Reszta bandy też tam była, a gruby profesor historii, który, jak wszyscy wiemy, zawsze miał przypięte do poły płaszcza notatki z niegrzecznymi żądaniami, opowiadał o Rzymie i roli, jaką gęsi odegrały w historii miasta. Mówił zresztą bardzo żywo. Nagle wyraźnie widać było mury miejskie i słychać było podniecone gęganie gęsi. Wróg podkradał się bliżej, gęgały coraz dziksze i bardziej podniecone, brama w murze otworzyła się z hukiem, a śpiący znów się obudził. Ale dziwne! Gęsi wciąż gęgały, jakby miały po raz drugi uratować Rzym w Zbąszynku: całe stado tych rzekomo mniej inteligentnych niż smacznych ptaków właśnie przybyło z Polski na dworzec towarowy.

A propos gęsi! Setki tysięcy z nich przelatuje przez Zbąszynek każdego roku. Są symbolem tego miejsca. Czy nie byłoby stosowne oddać hołd temu ptakowi ?. Aby zrobić miejsce na przyszłe odciski Zbąszynka? Jak wiadomo, stary Zbąszyń również miało w swoim herbie gęś (a może nieco bardziej korpulentnego łabędzia?). W ten sposób nawiązywałoby się do tradycji. Do Zbąszynka sprowadzono już jednak mnóstwo drewna. Trudno jednak umieścić w herbie deskę lub pień drzewa. A może gęś siedząca lub stojąca na fragmencie deski lub pnia?

„Dziwna interludium”.

Niestety, na razie nie ma żadnych informacji o otwarciu połączeń pasażerskich, ponieważ takie połączenia nie istnieją w Zbąszynku (poufne: pociągi pasażerskie kursują do i e Zbąszynka od lat, ale kolej ani jej dział rozkładów jazdy, nie znają jeszcze szczegółów). Data otwarcia była ustalana kilkakrotnie, ale sceptycy jak dotąd zawsze mieli rację. Zbąszynek nie ma jeszcze żadnego rozkładu jazdy. Prowadzi, w pewnym sensie, nierówną egzystencję. Ostatnio jednak narastają pogłoski o rychłym otwarciu połączeń. Mieszkańcy Zbąszynka Bentschen są dość życzliwi. Z pewnością zniosą również ewentualne dalsze przesunięcie obecnie ogłoszonej daty otwarcia.

Podsumowanie.

Czym jest dziś Zbąszynek ? Z pewnością nie jest już osadą ani wsią, lecz rozwijającym się miastem. W Zbąszynku znajdują się około 22 sklepy z szerokiej gamy branż, w tym dwie księgarnie. Oprócz różnych Działają tu zakłady rzemieślnicze, warsztaty naprawcze i garaże, otwarto drukarnię, a drogeria otworzyła filię. Istnieje już kilka sklepów specjalistycznych, a według doniesień jedna z największych niemieckich fabryk obuwia planuje otwarcie punktu sprzedaży detalicznej w Zbąszynku.

Tartaki i strugarnie działają tu od dawna, a duża przetwórnia podkładów kolejowych zabezpieczyła tu grunty. Otwarcie ruchu pasażerskiego i umowa handlowa z Polską prawdopodobnie przyniosą nowe możliwości dla Zbąszynka.

Jakie wrażenie odnosi turysta w Zbąszynku, gdy tylko zobaczy powiewającą wieżę Tassera? Jeśli, według Hebbela, architektura to zamrożona muzyka, to nad Zbąszynkiem unosi się melodia zmodernizowanego Ländlera z perkusją. Kilka synkop i ostro zaakcentowanych rytmów to konieczność jako ustępstwo na rzecz „nowych tonów”. Artystom tej zamrożonej muzyki udało się szczególnie odtworzyć kościół protestancki, nawet jeśli iglica, według nieautorytatywnej, a przez to naiwnej opinii niektórych melomanów, sprawia wrażenie „niedokończonej symfonii”.

Zwornik do stacji granicznej w Zbąszynku.

O północy następnej doby, gdy wschodniopruski pociąg ekspresowy przejeżdża przez stację Kosieczyn, sygnał zostanie na stałe ustawiony na „stój”. Przystanek Kosieczyn przestał istnieć; ostatni pociąg minął starą linię Berlin – Poznań między Szczańcem a granicą Rzeszy. Jeśli tylne światła pociągu ekspresowego nie zniknęły jeszcze w nocy, setki pracowników kolejowych pracuje już na posterunku blokowym Obra, tuż za dawną tymczasową stacją graniczną Szczaniec, oraz na posterunku blokowym Chlastawa na granicy Rzeszy, instalując zwrotnice dla nowej linii ze stacji granicznej Zbąszynek. Jednocześnie trwa budowa odcinka łącznikowego linii do Międzyrzecza. Prace zakończą się za kilka godzin.

O godzinie 4:30 wschodniopruski pociąg ekspresowy, jadący ze Zbąszynia, będzie pierwszym pociągiem, który dotrze na nową, pasażerską stację graniczną Zbąszynku. Pierwszy pociąg, który przyjedzie na peron krajowy, to pociąg z Międzyrzecza, przyjeżdżający o 4:50 rano. Oznacza to otwarcie nowego dworca pasażerskiego Zbąszynku i zakończenie budowy stacji granicznej na linii Berlin-Poznań.

Przemiany w Zbąszynku na przestrzeni 8 lat. Max Bleschke.

Każdy historyk z pewnością będzie musiał podrapać się po głowie ze wstydu, próbując ożywić Zbąszynek w szatach przeszłości. Ten strój przeszłości jest aż nazbyt namacalny! Nawet najnowocześniejsze koncepcje ubioru (powrót do natury!) nie są w stanie ukryć tego niedostatku. Pomijając już patynę wieków, której z pewnością nie ma.

Szczerze mówiąc: Zbąszynek nie ma żadnej przeszłości! Przynajmniej nie w sensie historycznym. Jego korzenie sięgają co najwyżej czasów przedwczorajszych i w przeszłości i teraźniejszości przeszło wiele transformacji, które wyraźnie świadczą o niepowstrzymanym dążeniu Zbąszynka do perfekcji. Biorąc pod uwagę, że Zbąszynek, wraz z trwającym i długo oczekiwanym otwarciem transportu pasażerskiego, w pewnym sensie uzyskał świadectwo ukończenia szkoły średniej, a nasza osada ma przed sobą jedynie egzamin końcowy uprawniający ją do uzyskania statusu samodzielnej gminy, być może warto poświęcić Plattenowi swoistą retrospekcję, jak to się powszechnie robi akustycznie w radiu.

Światło księżyca i lampy łukowe.

Nie ma sensu mówić nic więcej o Monde. Wszyscy poeci wszystkich czasów i krajów parali się jego twórczością. Ponieważ znany jest z nocnych spacerów, zyskał reputację kobieciarza. Niewątpliwie jest ciekawski. Kiedy ostrożnie przekracza wybraną ścieżkę, wyglądając z postrzępionej krawędzi ciemnego lasu, wyraźnie mruży oczy w każdym oknie.

Księżyc cieszył się zaskakująco małą uwagą jako źródło światła. A jednak jest tak wiele miejsc na świecie, które czerpią nocne oświetlenie wyłącznie z księżyca. Z pewnością istnieje luka w literaturze na ten temat.

Nawet Zbąszynek nie zawsze świeciło nocą blaskiem tylu lamp łukowych i sygnalizacji świetlnej, jak teraz. Przy całym szacunku dla poezji i romantyzmu, naturalne oświetlenie nie zawsze jest uważane za wystarczające, zwłaszcza gdy trwają intensywne prace ziemne, jak miało to miejsce w Zbąszynku, lub gdy niebo jest zachmurzone, a może nawet pada deszcz. Wszyscy „tubylcy” ze Zbąszynka wciąż pamiętają nieprawdopodobne incydenty, na które byli narażeni, próbując odwiedzić swoje domy nocą. Na przykład, zdarzyło się, że ktoś, nieświadomy terenu, nagle znalazł się z żoną w głębokim szybie ulicznym wykopanym na kanalizację. Znalezienie właściwych drzwi wejściowych nie było wcale łatwe, biorąc pod uwagę podobieństwo wszystkich domów w głębi osiedla. Jeśli równowaga wewnętrzna była nieco zaburzona, można było doświadczyć najsłodszych doznań (słodkich, oczywiście, tylko dla tych, którzy nie byli zainteresowani).Ale dziś, jakiż to wspaniały postęp!. Latarnie uliczne zwisają w powietrzu na długim łańcuchu. Kopanie na ulicach jest dziś rzadkością, a deszcz pozostawia nas całkowicie zimnymi, ponieważ wszystko jest pięknie wybrukowane. Księżyc dawno przestał być systemem oświetlenia.

A tak przy okazji, brukowanie. Mieszkaniec miasta, który, że tak powiem, urodził się z brukowanymi drogami, rzadko wyobraża sobie nieutwardzone ścieżki w obrębie osiedla.

Wyobraź sobie. Każdy, kto dziś zobaczy piękne, brukowane ulice w Zbąszynku, z trudem uwierzy, że kiedyś samochody tu grzęzły, a piesi musieli ćwiczyć równowagę. Szczególnie zapada w pamięć odcinek Wojska Polskiego (Oeserstrasse) między Wąską (Thielenstrasse) a Placem dworcowym (Bahnhofsplatz), który został wyasfaltowany stosunkowo późno. Kiedyś furgonetka przeprowadzkowa utknęła tu na kilka dni, co było tym bardziej nieprzyjemne, że były to meble kobiety, która zmęczona wspólnym mieszkaniem chciała zostawić męża dla weekendowej niespodzianki. Oczywiście, dziś już się to nie zdarza (a mianowicie, żeby furgonetka utknęła).

Latający urząd i budynek rządowy.

Dla uzupełnienia, osoba musi mieć oficjalny dowód tożsamości. Miejsce zamieszkania, zawód i sytuacja rodzinna również cieszą się formalnym, urzędowym zainteresowaniem. W przeciwieństwie do biur informacji, punktów informacyjnych itp., które zaspokajają pragnienie wiedzy własnymi siłami, obywatele muszą osobiście stawić się przed organem władzy.

Najstarszy budynek w naszej osadzie, koszary, niegdyś mieścił zarządcę osiedla. Właściwie to przesada: sprawami administracyjnymi zajmował się na pół etatu księgowy z lokalnej firmy budowlanej. Relacje jurysdykcyjne w osadzie były szczególnie osobliwe. Jedna część należała do majątku Bronikowo, druga do majątku Chlastawa, a trzecia do majątku Kosieczyn. W związku z tym czasami mogły pojawić się trudne pytania dotyczące kwestii, gdzie w tamtym czasie faktycznie mieszkali ludzie w Zbąszynku. Choć te niewątpliwie osobliwe warunki bytowe nie uległy jeszcze całkowitej zmianie, przedstawiciel władz w Zbąszynku i jego biuro przeszły kilka transformacji. Po tym, jak wspomniane biuro przez pewien czas mieściło się w dwóch salach lekcyjnych szkoły (w drugiej sali mieściła się również biblioteka), niedawno nadarzyła się okazja, aby przenieść się do pomieszczeń w budynku administracyjnym. Biblioteka znajduje się w oddzielnym pomieszczeniu, które służy również jako czytelnia. Sam budynek administracyjny jest ozdobą osiedla. Dla pełnego obrazu należy wspomnieć, że dostępne są również dwie skromne, ale solidnie umeblowane cele, przeznaczone dla osób preferujących kontemplacyjne i „odosobnione” życie lub które z powodu niesprzyjających okoliczności muszą poddać się opiece i wyżywieniu władz. Z radością zakładamy, że pierwszy mieszkaniec tych cel zostanie odprowadzony do swoich komnat ze specjalnymi ceremoniami i odpowiednim zawiadomieniem o niezwykłym zaszczycie, jaki mu się okazał. Nie powinno to jednak zachęcać wspomnianego pierwszego mieszkańca do dalszego honorowania Zbąszynka swoją wizytą.

Warto również zobaczyć salę posiedzeń, w jej stylowym, obiektywnym wydaniu. Miejmy nadzieję, że ten obiektywizm wpłynie na wszystkie przyszłe obrady i posiedzenia rady miejskiej. Nawiasem mówiąc, gdzieś w Rzeszy Niemieckiej przeczytałem na murze następujące słowa, które warto wziąć sobie do serca:

Mów, co chcesz, krótko i stanowczo.

Pomiń wszystkie piękne słowa.

Kto bezsensownie marnuje nasz czas, kradnie nam – i nie kradnij!

Bardzo ładnie na salę konferencyjną, prawda?

Od koszarowej kantyny do wagonu restauracyjnego Mitropa.

Mysz polna, jak można przeczytać w każdej encyklopedii, to gryzoń należący do podgatunku norników, podobny do myszy domowej, o którym mówi się, że jest szkodliwy dla zbóż i innych upraw. Wykwalifikowanej opinii na ten temat należy zasięgnąć u rolnika. Jednak we wczesnym Zbąszynku nazwa mysz polna w żadnym wypadku nie odnosiła się do wspomnianego gryzonia. Wręcz przeciwnie, termin ten odnosił się do prostej konstrukcji z desek, kilku cegieł i papy, której wewnętrzne bogactwo nie było wcale widoczne z zewnątrz. Architektonicznie jednak trudno ją było sklasyfikować. Podobnie, mniej nadawała się do sztuki przestrzennej czy aranżacji wnętrz. Przechodząc przez „stale otwarte drzwi”, znajdowało się w słabo oświetlonej, wąskiej przestrzeni, ledwie naprzeciwko lady sklepowej, która służyła również jako bar, aczkolwiek bez stołków barowych, i był przykryty, obwieszony i zastawiony po brzegi najróżniejszymi przedmiotami codziennego użytku. Był tam nie tylko alkohol, ale także miękkie mydło, a może i sznurowadła. Zapach gotowania stale unosił się pod niskim sufitem, a ktoś ciągle jadł, pił lub trawił.

Mijając ladę i szopę po lewej stronie, oznaczoną jako kuchnia, wchodziło się do lepszego pomieszczenia. Tutaj na stole leżał koc, a dookoła stało kilka wiklinowych krzeseł. Był też gramofon. Żeliwny piec na ścianie uparcie odmawiał dawania skromnego ciepła, nie uwalniając przy tym do pomieszczenia mnóstwa dymu. Piec był poligonem doświadczalnym dla wszystkich przybyszów i wszyscy musieli się poddać w obliczu niepoprawności i reakcji tego ognistego molocha. Prostota wcale nie jest wrogiem wygody. Otoczenie sprawiło, że głównym tematem rozmów były doświadczenia z pierwszej ręki. Cóż więc za różnica, że pęknięcia w ścianach były zatynkowane, a ludzie siedzieli w zaprawie, która niestety wciąż była wilgotna?. Nad jeziorem Naroch, wiesz, kiedy byliśmy tam z X Pułkiem… – Albo, że cegła spadła z dachu i niestety stałeś na linii ognia? Cóż, jeśli tak. Ciesz się, że to nie była jedna z ciężkich min, które dotknęły nas pod Ypres…

Feldmaus nie był jedynym miejscem gościnnym we wczesnym Zbąszynku. Na dumnym szczycie góry, na drugim końcu osady, stał „Gościniec przy stacji Granicznej” („Gasthof zum Grenzbahnhof”, Zajazd Grenz Station). Był to również drewniany barak. Goście musieli pokonać kilka schodów, a następnie, w zależności od statusu i rangi, mogli wejść do zajazdu dwoma wejściami. Był też mały ogródek frontowy, mający przywodzić na myśl niewymagający widok tarasu lub ogrodu na dachu wśród mieszkańców Zbąszynka. W pokoju dla panów stał nawet fortepian, który wciąż spełniał skromne wymagania. Tutaj było miejsce różnych dań obiady z golonki i inne przysmaki. Sala frontowa tej „restauracji” była bardzo duża. Aby nieco zapełnić pustkę, pod ścianą stała duża rolka prania, obciążona ciężkimi kamieniami. Tu i ówdzie z sufitu zwisało melancholijnie kilka kolorowych papierowych chorągiewek, używanych przez mieszkańców jako huśtawki. Kilka stolików ogrodowych i przemyślany kontuar wypełniony wszelkiego rodzaju jedzeniem i napojami dopełniały wnętrza.

Obie restauracje już nie istnieją. Mieszkańcy Zbąszynka przenieśli się z gładkich drewnianych krzeseł „Gościńca pod lipami” („Gasthof zur Linde”) do skromnie, ale gustownie urządzonych poczekalni dworcowych. Mieszkańcy Zbąszynka czekali tu na pociąg prawie półtora roku. Dość długi postój dla jednego podróżnego.

Wraz z pociągiem, wagon restauracyjny Mitropa powoli podjeżdża. Podróżni ze znudzeniem patrzą na Zbąszynek. Angielka, z przestraszoną oschłością, unosi lornetkę i literuje nazwę stacji swoim akcentem. Potem znów zagłębia się w menu. Przy innym stoliku siedzą Polacy, ćwierkając po francusku z ożywieniem i niemożliwymi do uchwycenia nosowymi dźwiękami. Rosyjski Żyd (być może zdenerwowany czekista Rojsenblum) nerwowo gładzi się po włosach i nadstawia uszu w stronę Polaków. Na krześle obok niego leży „Prawda”.

Gdy pociąg delikatnie rusza, a budynki dworcowe Zbąszynku powoli przesuwają się obok, Angielka zamawia pieczeń wołową i zupę krem a la Malakoff. Polacy ćwierkają jeszcze bardziej ożywieni. Rosjanin cicho i z klasą rozkoszuje się przyjemnościami mieszczańskiego menu.

Czerwone menu pospiesznie macha i znika, elegancko za zakrętem. Kawałek połączenia z wielkim, odległym światem są już w drodze. Zbąszynek ma teraz również pasażerskie połączenia kolejowe. Odwołując się do znanego powiedzenia, można by powiedzieć:

Wystarczy wejść w Zbąszynku do pociągu, a będzie mógł podróżować.

Podróże po pograniczu

Wschód powrócił do centrum życia politycznego ze znacznie większą siłą. Do tego czasu jedynie ludność pogranicza zdawała sobie sprawę z absurdalności katastrofalnego wytyczenia granicy, podczas gdy reszta kraju wkrótce popadła w błogą samozadowolenie. Rok po roku straż graniczna znosiła napięcia, które stale narastały i były momentami tak intensywne, że każdego dnia musieliśmy spodziewać się inwazji ze strony naszego żądnego grabieży sąsiada ze wschodu. Ponadto od 1925 roku trwała wojna celna z Polską, która całkowicie sparaliżowała ruch uliczny i sprawiła, że dworzec wydawał się niemal martwy. Traktat o przyjaźni z Polską przyniósł nieco spokoju w tej sytuacji. Jednak szeroko zakrojona fala propagandy na rzecz Wschodu trwała nadal. Liga Wschodnia rekrutowała i rejestrowała wszystkich Niemców, kierując ich ku wschodowi. W Zbąszynku, szczególnie energiczny wiceprezes Deutschmann oddał się tej idei i osiągnął w tym zakresie znakomite rezultaty. Ta nieustanna kampania reklamowa nie była bezowocna. Niezliczone grupy fanów i wycieczki graniczne dotarły do tego nowo założonego miasta granicznego. Z kościoła tysiące Niemców, nawet tych z dalekich głębi lądu, spoglądało na zagrabione niemieckie terytoria i zabierało ze sobą pewność, że ta granica pewnego dnia upadnie. Wycieczki prowadził głównie wicedyrektor Deutschmann, który witał grupy wędrowne niedziela po niedzieli i inspirował je ideą Wschodu. Należy tu również wspomnieć o rektorze Skowrońskim i nauczycielu Friedrichu. O tym, w jakim stopniu Zbąszynek stał się celem tych wycieczek granicznych, świadczą poniższe liczby. Zbąszynek odwiedziło:

1937:           65 grup z 2495 uczestnikami
1938 – 39:  65 grup z 1487 uczestnikami

Są to tylko grupy, które były wcześniej zarejestrowane w Lidze Wschodniej i były zarządzane.
Dotyczy to niezarejestrowanych grup i indywidualnych turystów wybierających się na wędrówkę z własnej inicjatywy, ich liczba najprawdopodobniej nie będzie dużo mniejsza.

1938

Zbąszynek staje się częścią Brandenburgii.

Rok 1938 przyniósł głębokie zmiany administracyjne. Wielokrotnie sporna jednostka Grenzmarku, będąca niemożliwością transportową i ekonomiczną, ale ideologicznie głęboko zakorzeniona w sercach ludności pogranicza, została rozwiązana i podzielona między sąsiednie prowincje. Nie trzeba dodawać, że dla mieszkańców Grenzmarku oznaczało to pożegnanie z wielkimi, skrywanymi nadziejami politycznymi i nacjonalistycznymi i było odczuwane dość boleśnie. Kiedy śpiewaliśmy „Märkische Heide, Markischer Sand”, myśleliśmy bardziej o Warcie i Poznaniu niż o Brandenburgii. Ale postanowiono: zgodnie z mottem Führera, w końcu staniemy się Brandenburgczykami. Wschowa została włączona do Śląska, północna część, wraz z Piłą do Pomorza, a powiaty Międzyrzecz i Świebodzin zostały przydzielone Zachodniej Brandenburgii. W rezultacie Zbąszynek przestało być pod władzą Piły, lecz stało się pod nadzorem Frankfurtu nad Odrą. Pod wieloma względami my, mieszkańcy Zbąszynka, musieliśmy szybko uświadomić sobie, jak dobrze nadrobiliśmy zaległości w regionie przygranicznym. Wiele problemów, które zostały już praktycznie rozwiązane, jak choćby problem z kąpieliskiem, zostało ponownie odsuniętych w czasie.

Nawet po odzyskaniu Kraju Warty, wysiłki mające na celu uwzględnienie nastrojów ludności na poziomie terytorialnym, prawdopodobnie nie przyniosą zamierzonych rezultatów.

Ten sam rok przyniósł ważne decyzje polityczne. Choć nie wpłynęły one bezpośrednio na granicę wschodnią, ich reperkusje miały na nią alarmujący wpływ. Marsz Wschodni powrócił do Rzeszy. Poruszające melodie Marszu Egerland poruszyły nas głęboko w tych krytycznych dniach września. Byli niemieccy bracia w potrzebie, a ich wołanie dotarło do nas: Marszowcy Graniczni, bądźcie czujni!

Rok Decyzji: 1939

Początek 1939 roku przyniósł ze sobą zapowiedź wielkich wydarzeń. Czechy i Morawy zostały ponownie włączone do Rzeszy 15 marca, a 22 marca wyzwolony został Kraj Kłajpedy. Wtedy los znów przemówił do nas na granicy, stawiając wielkie, milczące pytanie. Od czasu katastrofalnego wytyczenia granicy w 1919 roku ludność pogranicza musiała znosić wielkie napięcia. Bezpośrednia bliskość granicy, wzmożony ruch do i z Polski, głębokie więzy etniczne i rodzinne sprawiły, że plotki, spekulacje i obawy krążyły w tę i z powrotem. Doniesienia o systematycznych prześladowaniach i znęcaniu się nad etnicznymi Niemcami zaczęły się nasilać. Wiara w pakt przyjaźni została całkowicie zachwiana. A kiedy Führer ogłosił ten pakt nieważnością 28 kwietnia, my, strażnicy graniczni, musieliśmy zaakceptować, że los przemówił do nas. W czerwcu wojska niemieckie pojawiły się wszędzie wzdłuż wschodniej granicy. Również w Zbąszynku zostało zakwaterowane, dwie kompanie westfalskich chłopców. Dzień po dniu maszerowali do granicy i umacniali ją drutem kolczastym. Plotka głosiła, że Polacy nagle przerwali prace na drodze Trzciel – Nowy Tomyśl. Zapytani, odpowiedzieli, że Hitler zrobi resztę. Pracownik kolejowy ze Zbąszynka, który pełnił dyżur na stacji Zbąszyń, nie wrócił pewnego dnia, został aresztowany przez Polaków. Krótko później doszło do drugiego podobnego incydentu. Doniesienia o znęcaniu się i grabieży Niemców stawały się coraz częstsze. Zapalano ogniska, symbole nienawiści i podżegania do brutalnie traktowanego narodu. Niemcy zaczęli uciekać. Najpierw młodzi mężczyźni, aby uniknąć polskiego wezwania, potem starsi, kobiety i dzieci. Pojedynczo i grupami próbowali przekroczyć granicę. Na granicy rozległy się strzały.

Podczas próby przetransportowania etnicznych Niemców łodzią przez granicę w pobliżu Trzciela, dzielny młody rybak Koschitzki został zastrzelony. Jego ciało spoczęło na Cmentarzu Bohaterów w Trzcielu, ku współczuciu całego regionu.

My, towarzysze partyjni ze Zbąszynka i członkowie SA, również stanęliśmy przy jego grobie. A dla tych, którzy do tej pory o tym nie wiedzieli, stało się jasne, gdy zapłonęły pylony: dni, kiedy można to zrobić Niemcom, są policzone. Znaki stawały się coraz bardziej groźne. Na granicy pojawiły się polskie wojska. Polska bateria została rozmieszczona wzdłuż granicy w kierunku Zbąszynka. Z dnia na dzień plotki się nasilały.

I nadszedł dzień, w którym nadeszło wielkie wezwanie, gdy los po raz kolejny postawił nam pytanie, które każde pokolenie Niemców raz sobie zadało i przed którym każde pokolenie Niemców musi się wykazać. Dla wielu, w tym dla autora tych słów, wezwanie to zabrzmiało po raz drugi. Pożegnanie i wielkie zadanie, które nas czekało, sprawiły, że wszystko inne wydawało się ważniejsze.

W nocy 26 sierpnia 1939 roku ojcowie i synowie ze Zbąszynka i okolic pożegnali się. Zebraliśmy się na stacji, aby zdążyć na pociąg o 12:30. Pociąg wiózł nas na północ, wzdłuż granicy. Od wschodu płonęły pożary. Tam płonęły niemieckie domy i gospodarstwa, tam Niemcy byli w potrzebie. Jednocześnie oddziały żołnierzy ze wszystkich stron naszej ojczyzny maszerowały wszystkimi drogami prowadzącymi na wschód, zmierzając w kierunku granicy.

Następnego dnia liczba uchodźców wzrosła. Sala Domu Niemieckiego, sala gimnastyczna i klasy zostały przygotowane na przyjęcie uchodźców. Zajęcia w szkole zostały odwołane, ponieważ prawie nie było już nauczycieli.

1 września 1939 roku rozległy się strzały. Najgorsze obawy, których należało się spodziewać, nie spełniły się. Mało prawdopodobne wydawało się to, że za Zbąszynek nie padł ani jeden strzał.

Nasze wojska również posuwały się naprzód w tym rejonie, napotykając jedynie niewielki opór, powstrzymywały się, a następnie w końcu rozpoczęły marsz na wschód. Nasza piękna prowincja Poznań znów stała się niemiecka.

Zagrożenie dla Zbąszynka zostało zażegnane. Wszystkie środki ostrożności podjęte w mieszkaniach mogły zostać zniesione.

Polscy piloci nigdy nie zapuszczali się tak daleko, jak na dworzec kolejowy. Z drugiej strony, aktywność powietrzna z zachodu była tym bardziej ożywiona. Dzień po dniu niemieckie formacje lotnicze ryczały nad Zbąszynkiem.

Dzień po dniu rozbrzmiewały fanfary zwycięstwa kampanii polskiej, a „Pieśń Niemców w Polsce” rozpalała wolę walki i zwycięstwa nawet w najbardziej nieśmiałych sercach.

Pieśń Niemców w Polsce:

„Cokolwiek z tego wyniknie, stańcie u boku niemieckiej ziemi, pozostańcie silnie zakorzenieni!
Walczcie, krwawcie, walczcie o wasze najwyższe dziedzictwo, wygrajcie lub zgińcie, bądźcie Niemcami do szpiku kości!
Cokolwiek wam grozi:
Święty płomień daje wam słoneczną siłę!
Nigdy nie daj się zniewolić, nigdy nie pozbawiaj swoich praw!
Bóg obdarza sprawiedliwych prawdziwym heroizmem”.

Rozmieszczenie kobiet na stacji: NSV i Niemiecki Czerwony Krzyż.

Rozmieszczenie kobiet rozpoczęło się natychmiast po wybuchu działań wojennych. Napływający strumień uchodźców musiał zostać przyjęty i otoczony opieką, a żołnierze przejeżdżający przez stację, w grupach lub indywidualnie, musieli zostać nakarmieni i poinformowani. To samo dotyczyło strumienia repatriantów, który przechodził przez Zbąszynek, oraz deportacji dzieci z miast na wieś.

W tym celu na stacji utworzono dwa ośrodki pomocy społecznej, jeden prowadzony przez NSV, a drugi przez Niemiecki Czerwony Krzyż. Ośrodek Czerwonego Krzyża opiekował się żołnierzami, NSV – uchodźcami, repatriantami, dziećmi itd. Kobiety dzień po dniu pracowały w tych ośrodkach jako pomoc humanitarna przez całą wojnę. O ogromie pracy, którą trzeba było wykonać, świadczy fakt, że pociąg powrotny mógł pomieścić nawet 900 osób, z których część musiała być nakarmiona ciepłymi posiłkami, a część kanapkami i gorącymi napojami. Stacja dysponowała jedynie niewystarczającą infrastrukturą do tego celu. W godzinach szczytu stanowiska musiały być obsadzane również w nocy. Ponieważ kobiety ze Zbąszynka nie były w stanie poradzić sobie same, wezwano pomoc domową z obozu Dąbrówka Wlkp (Gross Dammer). Na stacji Czerwonego Krzyża pomocnicy z Trzciela i Międzyrzecza wkroczyli, aby udzielić pomocy. Strumienie repatriantów spotkały się w Zbąszynku. Niemcy bałtyccy, którzy przybyli do Niemiec drogą morską przez Szczecin, zostali w dużej mierze bezzwłocznie przetransportowani do Kraju Warty i tam osiedleni. Wszyscy należeli do zamożniejszych warstw społecznych i mieli wystarczająco dużo dobrych ubrań. Sytuacja Niemców wołyńskich była zupełnie inna. Prawie wszyscy byli drobnymi rolnikami, biednymi, niektórzy niedożywieni i całkowicie zubożali pod rządami polskiego rządu. Większość nigdy nie znała łóżka. W ojczyźnie spali na podłodze lub na ławkach, zawinięci w koce. Niektóre dzieci nie miały pończoch, a prawie wszyscy nie mieli bielizny, nawet podczas srogiej zimy 1939/40 roku. W Zbąszynku rozpoczęła się szeroko zakrojona akcja zbiórki. Aby złagodzić najgorsze warunki, udostępniono buty, pończochy, bieliznę i inne elementy garderoby. Uchodźców kierowano do dużych obozów zbiórki w Starej Rzeszy, gdzie zaopatrywano ich w najpotrzebniejsze artykuły oraz przygotowywano psychicznie i fizycznie do służby w regionie Warty. W Sulechowie znajdował się również obóz dla Niemców wołyńskich.

Cytuję również artykuł z „Oderzeitung” z 19 stycznia 1940 roku, w którym wolontariusz opisuje opiekę nad Niemcami wołyńskimi w Zbąszynku, oraz kolejny artykuł z M.P.Z. z 9 lutego 1940 roku.

Niemcy wołyńscy są otoczeni opieką w Zbąszynku. (Relacja wolontariusza z nazistowskiej służby kolejowej.) „Oder-Zeitung” z 19 stycznia 1940 r.

Transporty Niemców bałtyckich, którzy przejeżdżali tędy w celu osiedlenia się w Kraju Warty, wciąż trwają, a nazistowska służba kolejowa już otrzymuje nową pracę: etnicznych Niemców z Wołynia. Dwa duże transporty przybywają niemal codziennie, każdy z ponad 900 osobami, tak że często jednego dnia wyżywionych zostaje od 1000 do 3000 osób. Czasami pozostaje dla nas zagadką, jak udaje nam się zapewnić tak masowe posiłki, mając do dyspozycji nasze prymitywne zaplecze kuchenne, ale musimy to robić, ponieważ kobiety z nazistowskiej służby kolejowej są do dyspozycji dzień i noc, więc ta praca również jest wykonywana. W ciągu jednej nocy rozdano 1500 bułek, pokrojono ponad 60 bochenków chleba, rozłożono kanapki, które posypano kiełbasą i serem, i nic nie zostało, wszystko zostało zjedzone. Mogło być więcej, ale ze Zbąszynka do następnego punktu żywieniowego jest niedaleko. Przybywający tu Niemcy wołyńscy mają za sobą długą drogę, i zjadły bułki i kanapki. Dzieci dostają ciepłe mleko i wszyscy są wdzięczni za ten mały, ciepły posiłek. Teraz, gdy większość podróży już za nami, jeszcze tylko kilka godzin i będziemy w obozie, gdzie otrzymają opiekę i będą mogły odpocząć po trudach całodniowej podróży. Podróżowali 81 dni swoimi małymi wozami, zanim dotarli do granicy niemieckiej, skąd kobiety, dzieci i starcy zostali wywiezieni pociągiem do Rzeszy. Minnerowie pozostają w Polsce ze swoimi zaprzęgami.

W podróż do Rzeszy wyruszają teraz rodziny wielodzietne, każda rodzina ma 6 lub więcej dzieci. Są ubodzy i skromnie ubrani. Dzieci mają tylko jedno: buty lub skarpetek, ciepła bielizna jest bardzo rzadko spotykana. Żyli w skrajnie niekorzystnych warunkach w byłym państwie polskim, obciążeni podatkami i cłami, nie wspierani w żaden sposób przez państwo i często brakowało im nawet najpotrzebniejszych rzeczy. Zrozumiałe jest, że ludzie są nieszczęśliwi, a dzieci niedożywione. Nigdy w życiu nie zaznali łóżka, przywykli do spania na ziemi lub na ławce pod kocem. Są bardzo biedni, tutaj, w Niemczech, nie możemy sobie wyobrazić takiej sytuacji. Najbiedniejsi na świecie są w o wiele lepszej sytuacji niż ci ludzie, którzy pomimo wszelkich trudności i niedostatków zachowali swoją niemieckość i język. Polakom nie udało się stłumić ich niemieckości.

Gdy ci etniczni Niemcy nieco ozdrowieją w obozach w Niemczech i będą mieli wystarczająco dużo ciepłej odzieży dla siebie i swoich dzieci, wrócą do swojej nowej ojczyzny, aby rozpocząć życie o ludzkiej godności. Przede wszystkim potrzebują teraz ciepłej odzieży, butów i pończoch. Z pewnością w naszych szafach wciąż jest wiele ubrań, bez których możemy się łatwo obejść, podczas gdy wołyńscy Niemcy rozpaczliwie ich potrzebują. Wszyscy oni to robotnicy rolni lub drobni właściciele, którzy z trudem wiążą koniec z końcem w najtrudniejszych warunkach. Długą podróż bardzo utrudnia zimno, pociągi często grzęzną w zaspach i przyjeżdżają z kilkugodzinnym opóźnieniem. Jakże chętnie witają wtedy gorący rosół lub ciepłą, słodką kawę.

Dla nas, kobiet z obsługi stacji NSV, największą wdzięcznością za naszą pracę jest widok szczęśliwych twarzy ludzi, którymi się opiekujemy podczas przejazdu. Dlatego chcemy nadal wspierać ważną działalność NSV i w ten sposób wnieść niewielki wkład w wielki projekt przesiedleńczy Führera.

Migracja XX wieku, 9 lutego 1940 r.

Tłoczno na stacji w Zbąszynku.

Stacja Zbąszynek, do czasów wojny stacja graniczna, zawsze miała ożywiony ruch, ale ostatnio stała się naprawdę ruchliwą stacją. O 3:20 nad ranem przybywają Niemcy wołyńscy. O 4:20 nad ranem przybywają Niemcy bałtyccy. O 5:14 rano ponownie przybywają Niemcy bałtyccy. O 5:20 rano przybywają kolejni Niemcy wołyńscy. Program, który obejmuje opiekę nad prawie 3000 osób w ciągu trzech godzin, oczekuje na zakończenie pracy wolontariuszy z obsługi dworca kolejowego w Zbąszynku, którzy od tygodni poświęcają wszystkie swoje siły bezinteresownej służbie żołnierzom i współobywatelom.

Przygotowania są już gotowe: w kotle do mycia gotuje się rosół, zamówiono 50 bochenków chleba, smarowidło i 600 bułek. Około 22:00 przybywa dziesięć dziewcząt z obozu pracy w Dąbrówce Wlkp., aby wesprzeć lub zastąpić kobiety, które do tej pory pracowały. Większość dziewcząt może wrócić do domów, aby trochę odpocząć przed głównym atakiem nad ranem. Praca zostaje szybko podzielona, a kilka dziewcząt przynosi kolejne 200 litrów wody.

Rosół z sąsiedniej masarni, a następnie pokrojone setki bułek, które podawane są na sucho z rosołem, ponieważ personel stacji otrzymuje również odmierzone racje żywnościowe z biura żywnościowego, a to oznacza podział rzeczy, jedna pokojówka odpowiada za kawę, reszta rozkłada chleb na ciągłym przenośniku taśmowym. W ten sposób czas do 1 w nocy mija w wesołych rozmowach. Następnie szybko naczynia są zmywane i wszystko jest przygotowane. Na koniec następuje podział zmiany na stacji i tworzone są grupy na bułki z rosołem lub na kawę z kromkami, aby pokojówki mogły odpocząć do przyjazdu pierwszego pociągu. Najlepsze miejsca w poczekalni są szybko zajmowane i nie mija nawet kwadrans, a wszyscy twardo śpią.

Pociąg jest opóźniony

O 2:30 nad ranem kierownik melduje, że pierwszy zapowiadany pociąg ma już 280 minut opóźnienia w rejonie Kutna. Oznacza to zmianę całego planu, ponieważ o ile początkowo przewidywano, że główna operacja odbędzie się w nocy i nad ranem, o tyle teraz operacja ma trwać przez cały ranek. Około godziny trzeciej przybywają pomocnicy pierwszego transportu, ci, którzy nie mają zbyt daleko do pokonania, szybko wracają do domów, inni, bojąc się zimna, które wzrosło do 29 stopni Celsjusza, pozostają na stacji. O czwartej przybywają kolejni pomocnicy, pokojówki się budzą i wszyscy szybko przygotowują się do wielkiego ataku na głód i zimno. Nie ma śladu kobiecej próżności, w tych temperaturach nikt nie dba o szczupłą sylwetkę, wszyscy ciągną wszystko, co się da, na i pod wszystko, co wpadnie im w ręce.

Tu głód musi zostać zaspokojony.

Transporty nad Bałtyckie nadjeżdżają punktualnie, co do minuty. W tym przenikliwym zimnie niemożliwe jest, aby lokomotywa ciągnęła i ogrzewała jednocześnie, temperatura w ostatnich wagonach jest bardzo niska, ale młodzi ludzie wiedzą, jak sobie z tym radzić. W ostatnim, dość chłodnym wagonie jest dość zimno.

Harmonijkarz siedzi, z nogami podkurczonymi na ławce, chroniąc się przed zimnem, podczas gdy pozostali tańczą przy dźwiękach rzadkiego instrumentu. Młodzi ludzie, z błyszczącymi oczami, tłumaczą, że to najlepszy sposób na przetrwanie chłodu. Chociaż Niemcy bałtyccy pochodzą z prywatnych kwater na Pomorzu i w Brandenburgii, gdzie gospodarze dobrze się nimi opiekowali, ciepłe napoje cieszą się ogromnym popytem. Głęboka wdzięczność, z jaką Niemcy bałtyccy przyjmują pomoc, tak naturalnie okazaną służbie na dworcu NSV, jest uderzająca. Powracający są szczęśliwi i dumni, że mogą teraz wrócić do nowej ojczyzny, którą przydzielił im Führer, niektórzy z rozmarzeniem wspominają przeszłość, inni odliczają minuty do przyjazdu do Poznania. Wielu z nich szukało ogrzania się w hali odprawy celnej. Gdy rozbrzmiewa gwizdek odjazdu i ostry głos oznajmia: „Wszyscy w drogę, 6 rano, poranne ćwiczenia”, Bałtowie z radością wsiadają do pociągów, zadowoleni, że nie będą mogli rywalizować w zawodach sportowych na dworze, w zimnie.

A może walc?

Na zewnątrz nieco późno, około 7 rano, już jasno – ostatni zgłoszony transport. Jakże inny obraz się tu teraz prezentuje: podczas gdy Bałtowie żyli przeważnie w dobrobycie, wołyńscy Niemcy żyją w skrajnej nędzy. Szczególnie uderzająca jest duża liczba dzieci, rodziny z 11, 12 lub 14 dziećmi nie należą do rzadkości. Sprzęt jest wyjątkowo ubogi, wielu chodzi boso lub bez skarpetek, w pociągach jest stosunkowo niewielu mężczyzn, kobiety donoszą, że jadą konno i wozem. Podczas tych transportów ważny jest nie tylko poczęstunek, ale także głód. Setki kanapek, bulion, kawa i mleko dla niemowląt ledwo wystarczają. Często zimno i śnieg uniemożliwiają lokomotywom osiągnięcie wymaganej wydajności, wtedy pociągi są rozdzielane w trakcie jazdy i zamiast zgłoszonych czterech transportów, do Zbąszynka przyjeżdża 5 lub 6.

Ty, mój ludu

Z miłością i niezrównanym poświęceniem członkinie grupy kobiet wykonują zadania związane ze służbą na stacji NSV. Nieustannie, nie tylko ich własny komfort, ale także własne gospodarstwo domowe i rodzina muszą zejść na dalszy plan, gdy chodzi o opiekę nad repatriantami. Pracę dodatkowo utrudniają nieregularne połączenia i trudności w zdobyciu pożywienia, a pomoc domowa nie zawsze jest dostępna. Ale wszystkie te zadania są wykonywane z naturalną, radosną gotowością. W krótkich chwilach spokoju – zazwyczaj nocą – jedna lub druga osoba kontempluje historyczną skalę masowej migracji w XX wieku, a słowa Waltera Flexa stają się żywe:

Żaden dzwon nigdy nie zabrzmi głębiej nad nami i naszymi spadkobiercami i potomkami niż słowo „lud”. Jak dzwon, słowo oddania, słowo „ty”, powinno go poprzedzać:

Ty, mój ludu! Ty, mój bracie! Ty, moja ojczyzno!

Zima wojenna 1939/40

Ta zima pozostanie w pamięci wszystkich, którzy jej doświadczyli. Rozpoczęła się od silnego mrozu i obfitych opadów śniegu. W styczniu odnotowano bardzo niskie temperatury. Termometr stale wskazywał od 15 do 20°C. Dodatkowo występowały powtarzające się opady śniegu. Drogi stały się nieprzejezdne. Nawet odśnieżarki nie były w stanie usunąć częściowo zamarzniętych mas śniegu. Szczególnie ucierpiał ruch kolejowy z powodu tych nietypowych zimowych temperatur. Tory były zrywane, pociągi grzęzły w śniegu, zwrotnice zamarzały, a wypadki były nieuniknione. Lokomotywy docierały na stację pokryte lodem. Dwu, trzygodzinne opóźnienia pociągów ekspresowych nie były rzadkością.

Niedobór węgla zaczął być odczuwalny. Kopalnie odkrywkowe musiały wstrzymać działalność z powodu mas śniegu i silnego mrozu. Warunki transportu kolejowego stawały się coraz trudniejsze. Wiele szkół i urzędów musiało zostać zamkniętych. Wyjątkiem był Zbąszynek. Dyrekcja szkoły podjęła odpowiednie kroki w odpowiednim czasie. Dla wielu dzieci ciepłe klasy były jedynym sposobem na ogrzanie się. Dzikie zwierzęta i ptaki ginęły w ogromnych ilościach.

Wodociągi i toalety zamarzały wszędzie. Na niektórych ulicach wodę trzeba było czerpać z hydrantów przeciwpożarowych.

W tym okresie odbywały się również transporty wojsk ze wschodu na zachód. Żołnierze bardzo cierpieli z powodu dotkliwego zimna.

Kiedy późną wiosną nadeszła odwilż, ulice zostały zalane. Na Wojska Polskiego (Hitlerstrasse) woda wdarła się do piwnic.

Skutki dla sadów w Zbąszynku były katastrofalne. Prawie wszystkie drzewa owocowe, wszystkie zaledwie 15-letnie, zostały zniszczone, z wyjątkiem kilku uznanych odmian całkowicie zniszczone. Szczególnie dotknęła nas utrata drzew brzoskwiniowych, które były posadzone w ogrodach w wyjątkowo dużych ilościach.

Zmiany w Neu Bentschen w 1940 roku.

Nowo ukształtowana sytuacja polityczna na wschodzie wywarła wpływ na Zbąszynek. Po upadku granicy wersalskiej urząd celny w Zbąszynku stał się zbędny. Został rozwiązany, a urzędnicy musieli przenieść swoje usługi na granicę rządową, a nawet na nową granicę niemiecko-rosyjską. Ponieważ nie było tam dostępnych miejsc noclegowych, rodziny musiały pozostać w Zbąszynku.

Część celników została już przeniesiona. To samo dotyczyło policji kryminalnej. Spedytorzy również opuścili Zbąszynek. Po przejęciu administracji na odzyskanych terytoriach przez władze cywilne, wszędzie widoczny był dotkliwy brak doświadczonych urzędników administracyjnych. W związku z tym 1 października 1940 roku burmistrz i lider lokalnej grupy, zachowując dotychczasowe stanowisko, otrzymał zadanie przejęcia administracji miasta Zbąszyń i zbudowania tam partii. Kontrole celne na istniejącej granicy zostały zniesione. Kontrole policyjne osób pozostały w mocy. Miało to zapobiec niepożądanemu przekraczaniu granicy przez osoby podejrzane. Mieszkańcy Zbąszynka nadal mieli jednak możliwość przekraczania granicy za pomocą tzw. „małej przepustki granicznej”. Ponieważ system kart mógł być wprowadzany w Kraju Warty jedynie stopniowo, a większość artykułów codziennego użytku była nadal dostępna w wolnym handlu, szybko rozwinął się ożywiony handel między Zbąszynkiem a jego miastem partnerskim. Gospodynie domowe mogły w ten sposób uzupełnić swoje zapasy cukru, sztucznego miodu, mąki, roślin strączkowych, owoców i soków owocowych.

Skład towarowy również musiał dostosować się do zmieniających się potrzeb. Rampy dla gęsi zniknęły i zostały przekształcone w rampy dla bydła i przeładunku. We wrześniu rozpoczęto również rozbudowę dworca pasażerskiego.

Wielkie decyzje polityczne Führera sprawiły, że my w Zbąszynku wstrzymaliśmy oddech także wtedy, gdy rankiem 9 kwietnia ogłoszono przez radio rozpoczęcie operacji norweskiej, najodważniejszej w historii świata, a gdy wybuchł atak na Zachodzie, gdy zabrzmiały fanfary zapowiadające raporty specjalne i hymn Francji, my, weterani II wojny światowej, którzy nie mogliśmy tam być, siedzieliśmy przed mapą z bijącym sercem i płonącymi oczami, śledząc niewiarygodny rozmach ataku.

Przydział węgla.

Rok 1940 przyniósł również przydział węgla. Po doświadczeniach zimy, środek ten stał się koniecznością. W większości gospodarstw domowych materiał opałowy był zużywany do ostatniego węgla, co prawdopodobnie doprowadziłoby do gwałtownego wzrostu zużycia węgla. Przydział węgla został w porę zażegnany dzięki przydziałowi. Ilość węgla dla każdego gospodarstwa domowego była ustalana w zależności od wielkości domu i rodziny. I tak czteroosobowa rodzina z czteropokojowym mieszkaniem miała prawo do 33 cwt węgla. Była to stosunkowo niewielka ilość dla okolicznych domów, z których niektóre były jedynie lekko zabudowane, a inne bardzo odizolowane i narażone na działanie warunków atmosferycznych. Normalne zapotrzebowanie było dwa do trzech razy wyższe.

Pojawił się więc kolejny problem: materiał opałowy. Zamarznięte drzewa owocowe, starannie pocięte i związane w wiązki, wypełniły lukę. Dowożono więcej drewna, czasami nawet z odległości 10 kilometrów.

Mieszkańców Zbąszynka również poproszono o pomoc w ratowaniu zbiorów. Pomagali mężczyźni, kobiety i dzieci, którym udało się jakoś tam dotrzeć. Dzieci odniosły szczególny sukces w zbiorach ziemniaków. Wiosną i latem wielu Polaków zatrudniano jako robotników rolnych. Jako znak rozpoznawczy nosili literę P po prawej stronie.

Gotowość do poświęceń przynosiła coraz piękniejsze owoce – zobacz podsumowanie wyników zbiórek w sekcji „zbiórki”. Pierwsze zbiórki Bot Cross w kwietniu przyniosły 465,15 RM, ostatnie w sierpniu 1364,38 RM, a zbiórka K.W.H.W. we wrześniu 932,86 RM!. Zatajanie prawdy, którego już nie traktowano poważnie, zostało ponownie surowo egzekwowane, gdy we wrześniu w pobliżu Międzyrzecza zrzucono bomby. Podejrzewano brytyjskie samoloty z polskimi załogami. We wrześniu rozpoczął się spadek liczby transportów wojskowych. Niezliczone transporty przetaczają się przez Zbąszynek na wschód.

Zima 1940/41 pozornie nie była tak surowa jak poprzednia. Choć nie była aż tak surowa, zaczęła się wcześniej i trwała dłużej. Temperatury w dzielnicy Mottel spadły do 12°C, ale nawet przed Bożym Narodzeniem odnotowano – 23°C. Jeszcze 26 marca panował przenikliwy mróz, a rankiem 4 maja na ziemi leżała 20-centymetrowa warstwa śniegu. Istnieją obawy o nieurodzaj.

Prace nad rozbudową dworca kolejowego trwają z wielkim zapałem. Dwie kompanie inżynierów pracują przy wykopaliskach. Do prac zaangażowanych jest około 1000 Polaków i 800 Żydów. Ci ostatni pracują tylko wtedy, gdy stosowane są surowe środki. Żydzi pracują na dwie zmiany, zaczynając od 3:00 i 1:00 w nocy. Przebywają w obozie w pobliżu Zbąszynia. Polacy również zostali rozlokowani w Zbąszyniu.

Na stacji nadal pracują francuscy jeńcy wojenni. Zakwaterowani są w koszarach na terenie stacji towarowej. To chętni i pracowici ludzie. Jak zauważono 23 sierpnia, dobrowolnie wspierają zbiórkę Czerwonego Krzyża, przekazując pieniądze.

Na rozbudowę stacji na południe pozyskano od kolei pas ziemi.

Natężenie transportu wojska osiągnęło apogeum w marcu. Dnia 7 marca pociągi przejeżdżały przez stację nieprzerwanie, dniem i nocą. Zmotoryzowane jednostki rozładowane w Zbąszynku przetaczały się przez ulice osady. Tym razem prawdopodobnie jechały do Rumunii i Bułgarii, aby odciążyć Włochy w Grecji. 6 kwietnia otrzymaliśmy pewność, gdy atak na Jugosławię i Grecję nastąpił jednocześnie.

W maju i czerwcu rozpoczął się drugi ruch o bezprecedensowych rozmiarach. W niedzielę 15 czerwca transporty przetaczały się nieprzerwanie, dniem i nocą. Szczególnie nocą autor tych słów odniósł niezapomniane wrażenie ogromu tej ogromnej siły.

Marsz wojska, gdy głuchy turkot pociągów nieprzerwanie rozbrzmiewał z doliny Faulen Obra nad wzgórzami. Kolejna niedziela przyniosła rozwiązanie: rozpoczęła się wielka walka z bolszewizmem.

1941

W związku z ważnymi wydarzeniami, Zbąszynek gościł w tym roku wysoko postawioną osobę.

26 marca przez Zbąszynek przejechał japoński minister spraw zagranicznych Yosuke Matsuoka. Został entuzjastycznie powitany przez młodzież i miejscową ludność.

22 czerwca przez stację przejechał specjalny pociąg feldmarszałka Hermanna Göringa na wschód.

23 czerwca przez stację przejechał pociąg Führera.

24 sierpnia kolejny specjalny pociąg wzbudził spekulacje. Mówiono, że był to Mussolini, który odwiedzał swój czarny rynek na froncie wschodnim. Radio potwierdziło później te podejrzenia. Führer i Duce spotkali się na froncie wschodnim.

1 sierpnia dawna granica polska została całkowicie zniesiona. Zniknęły bariery. Nadal jednak obowiązywały kontrole bezpieczeństwa.

Obfite zbiory jagód w pewnym stopniu zrekompensowały brak owoców. Gospodynie domowe miały tam jeszcze możliwość zaspokojenia swoich potrzeb w zakresie cukru do 1 sierpnia, dzięki czemu mogły w pełni wykorzystać obfitość jagód. Ilość cukru przydzielona na kartach z trudem by na to wystarczyła.

Pogoda latem 1941 roku była nietypowa. Pomimo obaw wiosną, zboże dobrze się zregenerowało przy sprzyjającej pogodzie, dzięki czemu w naszym regionie można było spodziewać się dobrych, przeciętnych plonów. Jednak w trakcie żniw zaczęły padać częste deszcze i od początku sierpnia nie było praktycznie ani jednego dnia bez deszczu. Dlatego zebranie plonów było możliwe jedynie z wielkim trudem.

W tym roku ogrody były użytkowane znacznie ostrożniej niż zwykle, ponieważ w zeszłym roku podaż warzyw była dość uboga.

Kampania przeciwko Rosji przybrała niezwykle udany i dramatyczny przebieg. Walki okrążające przyniosły bezprecedensową liczbę jeńców. Wszyscy mieli nadzieję, że te potężne ciosy zmiażdżą sowiecką potęgę militarną. Przez Zbąszynek przetaczały się również całe pociągi z jeńcami. W tym kontekście pogłoski o licznych przypadkach kanibalizmu wśród więźniów nie ucichły.

Zima 1941/42

Zima 1941/42 postawiła naród niemiecki przed najtrudniejszą próbą w historii. Już na początku listopada, po łagodniejszej fali mrozów pod koniec października, kolejna fala mrozów uniemożliwiła zbiory roślin okopowych. Znaczna część i tak już nikłych zbiorów ziemniaków została w ten sposób bezpowrotnie utracona. Strata ta, w połączeniu z ledwie przeciętnymi zbiorami zbóż i brakiem możliwości transportu ziemniaków, spowodowała poważne kryzysy w zaopatrzeniu miast. Nieliczne ziemniaki, które dotarły do większych miast, zamarzły w drodze.

Nagły atak mrozów miał jeszcze gorszy wpływ na operacje wojskowe, które przebiegały sprawnie i były bliskie wielkiego sukcesu. W Rosji wkrótce odnotowano temperatury od 40 do 50 stopni poniżej zera. Nasi żołnierze musieli znosić największe trudy, jakie może znieść człowiek.

Aby stawić czoła temu nowemu i najgorszemu wrogowi, Führer zaapelował o zbiórkę futer, wełny i odzieży zimowej. Jak wszędzie w Rzeszy, apel spotkał się z radosnym odzewem w Zbąszynku. Wszędzie powstały szwalnie i warsztaty naprawcze, a prace rozpoczęły się pełną parą.

Załączone poniżej wycinki z gazet dają żywy obraz zapału, z jakim ojczyzna przystąpiła do pomocy na froncie.

 

sentymentalny.com

Zbąszynek, kolej i ja

Czyli podróż w sentymentalne klimaty

Miłosz Telesiński – Zbąszynek – 2021

Znajdziesz mnie tutaj